Wartość książek na targu staroci

Kilka dni temu byłem na bardzo lokalnym i niewielkim targu staroci. Standardowo zawsze przy takiej okazji przeglądam różne stare książki. Nie jestem wielkim kolekcjonerem, ale co jakiś czas coś tam kupuję i traktuję to jako mikro hobby. Moje główne obszary zainteresowania są dosyć specyficzne, bo poszukuję przede wszystkim poradników z PRLu oraz starych map (głównie okolic Górnego Śląska).

Kiedy przeglądałem książki na jednym ze stoisk dostałem bardzo ciekawe pytanie od sprzedawcy - na jakiej podstawie stwierdzam, który tytuł jest wartościowy. Oto, co mu odpowiedziałem:

  • W kontekście starych książek wartość jest bardzo względna. Dla kogoś jedna pozycja może mieć wartość sentymentalną i jest przez to bezcenna. A dla drugiej osoby, nie ma to żadnego znaczenia.
  • Oczywiście są rzadkie książki „białe kruki”, które bezwzględnie mają swoją wysoką cenę ze względu na sam fakt swojej wyjątkowości oraz zainteresowanie wielu kolekcjonerów.
  • Akurat mój obszar zainteresowań jest dosyć specyficzny. Przez to mam niewielką konkurencję i przeważnie kupuję książki dosłownie za grosze, np. był tam całkiem spory atlas świata, ale cena 50 zł skutecznie mnie odstraszyła :)
  • Ale jeśli trafi się coś naprawdę dla mnie (!) ciekawego, to jestem w stanie całkiem sporo zapłacić.

Trzy komputery

Na co dzień korzystam aż z trzech komputerów. Dla wielu może się to wydawać o 2 za dużo, ale chciałbym przedstawić uzasadnienie, dlaczego dla mnie takie rozwiązanie działa bardzo dobrze.

Moje komputery to:

  • PC - jest to mój główny komputer z Windows 11 i dużym monitorem 27’’. Wykorzystuję go właściwie do wszystkiego: pracy, rozrywki, przeglądaniu internetu, programowania, itd. Niewątpliwą zaletą PC-tów jest łatwa możliwość rozbudowy. Wiele cześci tego komputera służy mi niezmiennie od 10 lat i nadal działają bez zarzutu.
  • Laptop - w moim wypadku jest to tzw. “tani” Macbook Neo. Długo się zastanawiałem, czy potrzebny jest mi mobilny komputer oprócz standardowego PC-ta. Dlatego 2 lata temu kupiłem starego Macbooka Air 2017 za parę stów, żeby możliwie tanio przetestować takie rozwiązanie. Okazało się, że w moim wypadku działa to bardzo dobrze. Naprawdę jest wiele sytuacji, gdzie potrzebuję szybko coś sprawdzić, zrobić, naprawić w kodzie, czy mieć komputer pod ręką w trakcie podróży, czy poza domem. Do tego idealnie nadaje się taki mały poręczny macbook zamiast tabletu, który wg mnie ma sporo ograniczeń.
  • Domowy serwer - trzeci komputer to tzw. cienki klient (ang. thin client) HP T630 z Linuxem (headless Ubuntu), który jest ukryty w szafce razem z routerem i pełni rolę tzw. homelaba, czyli miejsca, gdzie możemy hostować różne usługi (np. serwer NAS, domowa automatyka, menadżer haseł, VPN, itd.), czy uruchamiać własne programy.

Jak można od razu zauważyć, użytkuję 3 najpopularniejsze systemy operacyjne. Nie mam swojego faworyta, dlatego korzystam ze wszystkich na raz :) Ale tak na poważnie poza walorem czysto edukacyjnym, jest to fajne doświadczenie, kiedy możemy w zależności od potrzeb wykorzystać taki system, jaki najlepiej pasuje do danego zadania.

W moim wypadku PC jest głównym komputerem ze względu na wielkość ekranu. Dzięki dużemu obszarowi roboczemu bardzo wygodnie się pracuje. Z kolei Macbook super współpracuje z iPhonem i idealnie nadaje się jako “drugi” komputer, gdzie liczy się mobilność, łatwość i szybkość działania. Jeśli ktoś nie jest fanem tabletu, a potrzebuje urządzenia tego typu, to szczerze polecam Macbooka Neo. Nawet ostatnio się zorientowałem, że częściej korzystam z laptopa niż z PC-ta :) Z kolei homelab jest idealną platformą do nauki, czy do realizowania własnych projektów programistycznych. Mam tam postawioną Sambę (prosty serwer wymiany plików) i dzięki temu mogę swobodnie przekazywać pliki pomiędzy wszystkimi urządzeniami w sieci domowej. Również część danych trzymam w chmurze i właściwie nie zdarza mi się sytuacja, że coś potrzebnego jest na tym drugim komputerze.


Pomocnik historyczny

Kilka dni temu ukazało się kolejne wydanie Pomocnika Historycznego Polityki tym razem poświęcone historii Stanów Zjednoczonych w ostatnich 100 latach. Jest to kontynuacja wydania pomocnika z 2013 roku pt. „Stany Zjednoczone Ameryki. Jak rodziła się potęga”. Dzięki temu mamy pełen obraz historii tego państwa od początku do dzisiaj. Bardzo lubię koncepcję tego wydawnictwa. Zamiast jednolitego tekstu otrzymujemy antologię artykułów napisanych przez różnych autorów. Każde wydanie ma jeden temat przewodni jak np. historia USA, ale jest on opracowany z różnych perspektyw nie tylko historycznej, ale też gospodarczej, socjologicznej, kulturowej, geopolitycznej, itd.

Image

Dzięki temu możemy na dane zagadnienie spojrzeć znacznie szerzej. Również bardzo dobrze się to czyta, bo jeśli dany tekst nas nie zainteresuje, to bez problemu można przejść dalej i go pominąć. Dodatkowo mocną stroną Pomocników jest spora ilość zdjęć, ilustracji, czy map (!) przez co zyskujemy dodatkowy kontekst. Może jedyną wadą jest cena, bo obecnie jedno czasopismo kosztuje prawie 30 zł. Z drugiej strony otrzymujemy naprawdę solidne opracowanie, bogato ilustrowane o objętości niewielkiej książki, więc cena jest uzasadniona. Aż się dziwię, że w obecnych trudnych czasach dla prasy te Pomocniki nadal przetrwały. Wręcz ukazują się znacznie częściej niż to było kiedyś. Mam nadzieję, że to się nie zmieni i nadal będziemy mogli je czytać.

Tutaj jest oficjalna strona pomocników historycznych: https://www.polityka.pl/pomocnikhistoryczny/


Meteogram

Od bardzo dawna jestem fanem meteogramów serwowanych przez ICM UW (Interdyscyplinarne Centrum Modelowania). Jest to idealna forma przedstawienia wielu danych meteorologicznych w formie tylko jedno złożonego wykresu, z którego możemy odczytać właściwie wszystkie potrzebne informacje dotyczące prognozy pogody na najbliższe 48h. Dla osoby mocno hobbystycznie interesującej się meteorologią i typowego nerda, jest to „jedynie słuszna” forma przedstawienia prognozy :)

Image

W wielu aplikacjach pogodowych przeważnie mamy bardzo symboliczne określenie pogody na najbliższe dni typu „słoneczko”, albo „chmurka z deszczem”. Podobnie jak w tradycyjnej telewizyjnej prognozie pogody. Jednak pogoda nie jest stała i często mocno zmienia się w czasie. Dzięki metagramowi wystarczy dosłownie rzut oka i wiemy wszystko np. jak ubrać się rano, co nas czeka po południu, jak długo i mocno będzie padać, czy możemy spodziewać się burz, jak będą zmieniać się porywy wiatru itd. Nie wyobrażam sobie korzystania z innego narzędzia do prognozy pogody.

Od pewnego czasu w serwisie meteo.pl obowiązuje nowa wersja. Teoretycznie meteogram wygląda dosyć podobnie, ale to jednak nie jest to. Bardzo podoba mi się ten oryginalny retro klimat rodem z lat 2000. Na szczęście ICM cały czas utrzymuje starą wersję strony pod nazwą old.meteo.pl gdzie są dostępne dobrze znane metagramy. Mam nadzieję, że ten jeden z nielicznych bastionów „starego dobrego internetu” z początku wieku przetrwa jak najdłużej. Każdemu polecam dla swojej lokalizacji zapisać sobie URL do metagramu i dodać jako zakładkę w przeglądarce. Dzięki temu mamy zawsze prognozę pod ręką.


Jak czytać social media bez korzystania z social mediów?

Od bardzo dawna chodził mi po głowie pomysł prostej aplikacji, która zbierałaby treści publikowane w social mediach przez określone konta/profile i sklejała je w jeden strumień w formie prostej strony internetowej. Dzięki temu można konsumować treści, a jednocześnie jesteśmy poza algorytmem, reklamami, sugerowanymi treściami i nie wpadamy w tzw. „infinite scroll . Zamiast tego otrzymujemy skończoną porcję materiałów na każdy dzień. Nazwałem ten projekt roboczo „Prasówka”, bo kojarzy mi się ze staromodną gazetą, która zawierała różne artykuły i miała skończoną liczbę stron.

Miałem wcześniej wiele podejść do tego projektu. Niestety to wbrew pozorom nie jest takie proste zadanie, bo wszystkie platformy bardzo dobrze bronią się przed tzw. „web scrapingiem”, czyli automatycznym pobieraniem danych ze stron internetowych przez skrypty, czy boty. Oczywiście istnieje wiele API, które można do tego wykorzystać, ale są to usługi płatne (często niemało), a mi zależało na rozwiązaniu darmowym lub prawie darmowym.

Image

Tak wygląda minimalistyczny interfejs mojej aplikacji. Bez reklam, sugerowanych treści, algorytm i infinite scroll. Na razie działa lokalnie, ale docelowo codzienna „prasówka” będzie lądowała rano na mojej skrzynce e-mail.

Do budowy aplikacji oczywiście stosowałem AI, ale niestety kolejne modele nie były w stanie poradzić sobie z tym zadaniem i przeważnie w pewnym momencie utykałem w miesjcu. Mam wiele ciekawszych rzeczy do roboty niż grzebanie w kodzie „scrapera” do social mediów. Po prostu chciałem mieć gotowe rozwiązanie minimalnym wysiłkiem. Jednak niedawno nastąpił prawdziwy przełom.

Przy okazji wprowadzenia nowego modelu Claude Fable 5 miałem trochę tokenów do wykorzystania przed weekendem i postanowiłem dać temu jeszcze jedną szansę. Tym razem się udało! Model właściwie przy pierwszym strzale zbudował mi w pełni działające PoC (proof of concept).

Przy okazji tu jest mała porada dla wszystkich budujących z AI trochę bardziej złożone rzeczy. Najlepiej na samym początku pracy poprosić AI o stworzenie minimalnego prototypu, który testuje główne funkcjonalności naszego pomysłu. W ten sposób można bardzo szybko zweryfikować, czy w ogóle nasz pomysł da się zrealizować.

Okazało się, że w końcu zbudowałem działającą wersję mojej aplikacji i od tygodnia jest w intensywnej fazie testów. Niestety „vibe-coding” nie jest tak romantyczny, jak wygląda i mój projekt jeszcze wymagał doszlifowania, ale na razie wszystkie główne funkcje działają. Jestem bardzo ciekaw, jak to będzie wyglądało dalej i czy nie będzie problemów z dalszym utrzymaniem. Jednak po lekturze kilku wydań mojej spersonalizowanej „prasówki” z social mediów mogę stwierdzić, że zdecydowanie potrzebowałem takiego rozwiązania. Zobaczymy, jak to będzie funkcjonować w przyszłości.


Po prostu działa!

Image

Na zdjęciu widać sterownik do automatycznego uruchamiania lini nawadniających. Od bardzo dawna przymierzałem się, aby podobne urządzenie zbudować samodzielnie. Wydaje się to dosyć fajnym i nieskomplikowanym weekendowym projektem DIY. Wystarczy podłączyć elektrozawory np. z pralki do jakiegoś podstawowego mikrokontrolera z WiFi, a następnie dodać zasilanie oraz oprogramowanie do sterowania napisane przez AI. Brzmi bardzo zachęcająco i dla kogoś, kto lubi tworzyć i budować, często działa „jak płachta na byka”. W tym konkretnym przypadku było jednak inaczej i kupiłem gotowe rozwiązanie, zamiast wszystko tworzyć od zera.

Już od pewnego czasu zacząłem się zastanawiać nad pewnym problem: „budowanie od zera, a późniejsze utrzymanie”. W dzisiejszych czasach mamy wręcz nieograniczone możliwości w kontekście realizacji przeróżnych projektów DIY. Możemy zbudować dosłownie wszystko, jest mnóstwo tutoriali/poradników w internecie, mamy łatwo dostępne komponenty i dodatkowo przy pomocy AI właściwie znikają wszelkie bariery, które mogłyby nas powstrzymać. Sam proces tworzenia i budowania dla wielu (również dla mnie) jest bardzo wciągający. Niestety potem przychodzi mniej fascynująca tzw. faza utrzymania.

Posłużę się tutaj przykładem innego mojego projektu. Od wielu lat mam w domu stację meteo zbudowaną przez siebie od zera. Przeszła już wiele iteracji oraz modyfikacji. Teoretycznie nie jest to skomplikowany projekt, ale co jakiś czas pojawiają się różne problemy np. jakiś czujnik przestanie działać, coś się zmieni po stronie serwera, pojawi się jakiś problem z WiFi itd. Tak naprawdę cały czas muszę mieć rękę na pulsie i na bieżąco rozwiązywać różne problemy, aby wszystko działało. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy takie ciągłe utrzymywanie tego projektu mnie kręci, czy po prostu chcę mieć rejestrowane dane pogodowe?

Ostatnio mam coraz mniej czasu na nowe projekty i jest jeszcze sporo rozgrzebanych, które trzeba pokończyć. Dlatego zacząłem mocno ograniczyć wszelkie nowe pomysły „na budowanie od zera”, co potem przełoży się na dodatkowy ukryty koszt utrzymania. Dlatego też wydałem te kilkaset złotych na gotowy sterownik, którego montaż wraz z podłączeniem do aplikacji trwał tylko kilka minut i po prostu działa. Dawno nie miałem takiego doświadczenia z tego typu sprzętem, który wyjmuje z pudełka i od razu działa (może poza urządzeniami Apple). Nie muszę niczego budować, testować, a potem na bieżąco rozwiązywać przeróżne problemy, które na pewno z czasem się pojawią. W końcu doszedłem do wniosku, że warto czasem podejść krytycznie do swoich ambitnych planów i po prostu odpuścić tam, gdzie to nie jest do końca istotne.


Osiedle Tysiąclecia

Niedawno na kanale Franciszka Krawczyka ukazał się kolejny ciekawy film na temat architektury na Górnym Śląsku. Tym razem tematem przewodnim była historia słynnego Osiedla Tysiąclecia popularnie nazywanego „Tauzenem”. Wielokrotnie poruszając się ulicą Chorzowską do Katowic obserwowałem z okien samochodu charakterystyczne, wysokie „kukurydze”, które stanowią znak rozpoznawczy tego osiedla.

Wiele informacji o Tysiącleciu było mi znanych wcześniej, jak np. fakt że szkoły były tak zlokalizowane względem bloków, aby dzieci nie musiały przekraczać po drodze żadnej ulicy. Generalnie jest to przykład wręcz modelowego modernistycznego osiedla, które od początku zostało zaprojektowane z pewnym przemyślanym planem, a nie jest to po prostu ciasno zabudowany obszar budynkami mieszkalnymi. Architekci osiedla (Buszko, Franta) nie tylko rozplanowali położenie bloków względem siebie, ale podjęli szereg istotnych decyzji i założeń, które miały ułatwić mieszkańcom życie. Nie będę się o tym tutaj rozpisywał, bo więcej szczegółów znajdziecie w podlinkowanym filmie.

Image

Ostatnio jak byłem w Parku Śląskim, to zwróciło moją uwagę, jak „kukurydze” wyrastają z nad korony drzew. Zdjęcie wykonane z okolic hali wystawowej Kapelusz.

Moją uwagę zwrócił jeden dosyć ciekawy szczegół. Sam projektant Aleksander Franta opowiada, że ich ideą było stworzenie „osiedla parkowego” z dużą przestrzenią pomiędzy blokami, która byłaby naturalnym przedłużeniem sąsiedniego Parku Śląskiego o łącznej powierzchni 800 ha. Jak spojrzy się na mapę to rzeczywiście tak to wygląda. Wystarczy tylko schować ul. Chorzowską w tunelu i mamy chyba najlepsze osiedle do życia w Polsce :)

Image

Z ciekawości spojrzałem na mapę i rzeczywiście „Tauzen” oraz Park Śląski tworzą jedną ogromną przestrzeń zieloną. Poprosiłem ChatGPT o wizualizację tego obszaru i powstała całkiem ciekawa mapka.


Transportowe szlaki komunikacyjne Europy

Niedawno na stronie Kartografia Ekstremalna ukazał się artykuł przedstawiający analizę ruchu ciężarówek w Europie oraz Polsce - https://www.kartografia-ekstremalna.pl/p/polskie-tir-y-jada-na-zachod. Widać wyraźnie, że Polska jest bardzo mocno podpięta do Zachodu, zwłaszcza na kierunkach równoleżnikowych.

mapa pochodzi ze strony Kartografia Ekstremalna

Co ciekawe, ta mapa również bardzo dobrze pokazuje, gdzie leży rdzeń Europy, czyli miejsce gdzie zbiegają się te wszystkie szlaki transportowe i mają tam największe zagęszczenie. Chodzi o region krajów Beneluksu, Zagłębie Ruhry, Północne Włochy, Północną Francję i aglomerację Londynu. Kiedyś wszystkie drogi prowadziły do Rzymu, a współcześnie właśnie tam. Zresztą ta mapa sieci transportowej bardzo dobrze pasuje do obszaru tzw. Niebieskiego Banana, czyli najbardziej rozwiniętego regionu w Europie.

Kiedy zobaczyłem tą mapkę, to przypomniała mi się też pewna osobista historia. W 2014 roku podróżowałem autostopem z Warszawy do Londynu autostradą A2 najpierw w Polsce, a potem w Niemczech, na jednym z tych szerokich pasów komunikacyjnych zaznaczonych na mapie. Akurat tak się szczęśliwie złożyło, że natrafiłem na początku podróży na TIRa z firmy transportowej, która obsługiwała logistykę (głównie artykuły spożywcze) do Anglii. Dowiedziałem się od kierowcy, że z ich bazy co 45 minut wyjeżdża cały załadowany do pełna transport na Wyspy Brytyjskie. Dzięki temu, kierowcy komunikowali się między sobą i kiedy musieli zatrzymać się na tzw. „pauzę”, to dosłownie przerzucali mnie do kolejnego TIRa :) Tym sposobem na totalnym automacie dojechałem do Calais we Francji. Wtedy na własnej skórze doświadczyłem, jak potężnie jest rozwinięty transport drogowy w naszym kraju i jak podróżowanie jedną z głównych arterii komunikacyjnych w Europie wygląda od środka.


Brzytwa Ockhama

Image

Niedawno siedząc w domu zobaczyłem za oknem sporego harvestera, który wjechał w niewielki lasek i rozpoczął wycinkę drzew. Po około 2 tygodniach pracy zniknęło 1,5 ha zadrzewionego terenu. Przez ten czas zacząłem się zastanawiać, po co ktoś oczyszcza sporą połać ziemi akurat w tym miejscu i angażuje w to całkiem spore środki w postaci ciężkiego sprzętu. Do głowy zaczęły mi przychodzić różne hipotezy:


  • może powstanie tam jakaś hala, czy inny zakład produkcyjny? Ale w sumie w okolicy nie ma za bardzo mediów, dobrej drogi, a wokoło jest pełno pustych działek z lepszymi warunkami.

  • a może ktoś będzie tam budował domy? Ale to jest okolica, gdzie ludzie raczej się wyprowadzają niż sprowadzają.

  • na tym terenie był stary zarośnięty staw hodowlany i może będą go powiększać? Ale w okolicy jest znacznie więcej lepszych lokalizacji i raczej nie opłacalna jest inwestycja w tym miejscu.

  • miałem jeszcze teorię z farmą fotowoltaiczną, ale tak samo jak w punkcie pierwszym wokoło pełno jest otwartych przestrzeni, gdzie nie trzeba niczego wycinać.

Przez kilka dni zastanawiałem się nad różnymi powodami, dlaczego ktoś wycina akurat ten lasek przed moim domem. W głowie zaczęły mi powstawać różne „teorie”, a jak zwykle wygrywa Brzytwa Ockhama, czyli zasada stworzona przez średniowiecznego mnicha Wilhelma z Ockham, która mówi, że przeważnie najprostsze wyjaśnienie jest tym prawdziwym.

Po rozmowie z sąsiadem dowiedziałem się, że po prostu wycięli las, aby pozyskać drewno bez żadnego specjalnego powodu. Teren należy do właściciela tartaku, który wyciął drzewa i przerobi je na deski. Ot i cała wielka tajemnica została rozwiązana :)

Image

Trochę tego drewna wycięli (rower dla skali).

W kontekście tej prostej historyjki przypomniała mi się zasada „Brzytwy Ockhama”. Czasami na siłę kombinujemy, a najprostsze i najbardziej oczywiste rozwiązania często są najbliższe prawdy.


Początki Państwa Polskiego

Kilka lat temu zacząłem się luźno interesować tematyką powstania Państwa Polskiego. Bazując tylko na wiedzy wyniesionej ze szkoły można odnieść wrażenie, że Mieszko I teleportował się z kosmosu w 966 roku, przyjął chrzest i założył państwo :) Jednak od dawna ciekawiło mnie, co było wcześniej i jak do tego doszło?

Na pewno przed tymi wydarzeniami musiały istnieć jakieś struktury organizacyjne, coś na kształt proto-państwa, które prowadziło swoją politykę, rozwijało się i gospodarowało przestrzenią, gdzie teraz znajduje się Polska.

W ostatnich latach można zaobserwować wysyp różnych sensacyjnych odkryć archeologicznych, które rzucają więcej światła na ten okres historyczny (zwłaszcza IX i X wiek). Niestety Słowianie nie zostawiali żadnych źródeł pisanych i musimy wiele informacji zdobywać przede wszystkim na bazie archeologii.

O tym, co było wcześniej przed Chrztem Polski w bardzo ciekawy sposób opowiada prof. Andrzej Buko w dwóch wykładach w ramach kanału Kontekst (który mocno polecam!):

Rywale rodu Piastów:

Polska plemienna

Tak przy okazji mam taką myśl, że w dobie krótkich form video, micro-learningu, czy podcastów-wywiadów, czasem warto posłuchać po prostu starego dobrego wykładu :) Jest to często krytykowana forma przekazywania wiedzy, ale osobiście lubię od czasu do czasu zobaczyć tradycyjny wykład, gdzie w ciekawy sposób prowadzący może przez dłuższy czas przedstawić swój wywód na konkretny temat, który np. nie jest co chwilę przerywany pytaniami prowadzącego podcast, czy skrócony do maksymalnej długości trwania rolki/shortsa.


Maja Chwalińska jak Rocky Balboa

Wczoraj Maja Chwalińska rozegrała finałowy mecz na kortach Rolanda Garrosa w Paryżu. Po wspaniałej serii 9 wygranych meczów, przebijając się od kwalifikacji, a potem przez wszystkie rundy, ostatecznie uległa w pojedynku z Mirrą Andrejewą 3:6, 2:6. Jest to niesamowita wręcz filmowa historia o mało znanej wcześniej tenisistce (114 miejsce w rankingu WTA), która pomimo różnych przeciwności losu, problemów zdrowotnych, kontuzji, ociera się o zwycięstwo w turnieju wielkiego szlema. W dodatku wszystkich kibiców ujęła swoja skromnością, spokojem, piękną nieszablonową grą, determinacją i pozytywnym nastawieniem.

Można mieć pewien niedosyt, że ta historia nie skończyła się ostatecznym zdobyciem pierwszego miejsca i naprawdę niewiele zabrakło. Ale czy na pewno Maja przegrała w finale?

Ta sytuacja bardzo mi przypomina pierwszy film Rocky. Wbrew typowym hollywoodzkim schematom główny bohater - Rocky Balboa przegrywa finałową walkę z Apollo Creedem o pas mistrzowski. Jednak pomimo przegranej udaje mu się wytrzymać na ringu przez wszystkie 15 rund i na koniec udowadnia sobie, że dzięki ciężkiej pracy, konsekwencji, wytrwałości może walczyć jak równy z równym nawet z mistrzem świata.

Ta historia jest bardzo podobna do tego, co mogliśmy oglądać przez ostatnie tygodnie na kortach w Paryżu. Może Maja Chwalińska nie toczyła tak spektakularnego finałowego pojedynku i zdecydowanie przegrała z Rosjanką. Jednak każdy podziwiał jej wspaniałą drogę przez cały turniej i dla wielu tak naprawdę wygrała.


Pielgrzymka do Piekar 2026

W ostatnią niedzielę maja jak zawsze udałem się na Pieszą Pielgrzymkę Mężczyzn i Młodzieńców do Piekar Śląskich. Jest to bardzo piękna lokalna tradycja, której początki sięgają aż XVII wieku. Od kiedy pamiętam, co roku pielgrzymuję z Tarnowskich Gór przeważnie pieszo, ale czasem też zdarza się na rowerze. Oprócz wymiaru czysto duchowego, jest to też ważny element śląskiej tożsamości kulturowej, którą staram się pielęgnować :)

Poniżej w ramach kronikarskiej pamiątki wrzucam kilka zdjęć z tegorocznej pielgrzymki.

Image

Jak zawsze rozpoczynam pielgrzymkę na Osadzie Jana w Tarnowskich Górach. Tutaj akurat w tle widać obwodnicę, a obok niewidoczny market Dino. Technicznie jestem już w Bobrownikach.

Image

Ten niedzielny poranek był wyjątkowo ciepły, słoneczny i duszny. Nie mam daleko do Piekar ok. 9-10 km, więc wyruszyłem ok. 9:00 i bez problemu powinienem zdążyć na główną Mszę, która rozpoczyna się o 11:00. Przeważnie pod koniec maja jest już bardzo dobra pogoda. Rzadko jest deszczowo, czy zimno i w tym roku również dopisała. Dla mnie zawsze pielgrzymka stanowi symboliczne rozpoczęcie sezonu letnich wypraw i wędrówek.

Image

Po przejściu przez Bobrowniki i pokonaniu pierwszego podejścia, czas na długie zejście lub wygodny zjazd na rowerze. To jest ul. Knosały, która prowadzi do widocznego w oddali Radzionkowa. Kilka lat temu powstał tutaj chodnik i ścieżka rowerowa, co znacząco poprawiło bezpieczeństwo pielgrzymów. Przedtem był to jeden z najbardziej niebezpiecznych fragmentów trasy do Piekar, ponieważ droga jest dosyć ruchliwa z szybko jadącymi samochodami, a nie było wtedy praktycznie żadnego pobocza. Przeważnie w tym miejscu spotykam pierwszych pielgrzymów, którzy wyruszyli z innych miejsc.

Image

Trochę dalej otwiera się panorama na Radzionków z widoczną charakterystyczną wieżą kościoła św. Wojciecha oraz Księżą Górą w tle, przez którą będziemy iść za niedługo.

Image

A tuż przed podejściem na Księżą Górę przechodzimy przez tunel pod linią kolejową. To jest też stosunkowo nowy obiekt na trasie pielgrzymki. Do niedawno przechodziliśmy tutaj przez wąski stary tunel, który miał niepowtarzalnie lepszy klimat :)

Image

Podejście pod Księżą Górę jest najgorsze na całej trasie. Zdjęcia do końca tego nie oddają, ale to naprawdę jest spora góra :)

Image

Dalej przechodzimy już niewielkim laskiem przez samą Księżą Górę. W tym roku „ktoś mądry” postanowił zorganizować zawody rowerów MTB dokładnie na trasie pielgrzymki 🤦‍♂️ Stąd ścieżka jest zagrodzona taśmami. Akurat w tym miejscu zbiega się sporo szlaków, którymi podążają pielgrzymi i nie rozumiem, kto wpadł na taki pomysł.

Image

Po wyjściu z lasku rozpościera się niesamowity widok na panoramę Górnego Śląska. Widać stąd wiele charakterystycznych obiektów z sąsiednich miast np. wieża telewizyjna w Bytkowie, wieżowce w Katowicach, EC Szombierki w Bytomiu, Góra św. Doroty, Elektrownia Łagisza, itd. Przy dobrej pogodzie na horyzoncie widać Beskidy, ale niestety nie tym razem.

Image

Idąc trochę dalej przekraczamy obwodnicę Piekarska i jesteśmy już prawie na miejscu. Po prawej stronie mijamy Kopiec Wyzwolenia (super punkt widokowy - polecam każdemu tam wejść), a w oddali widać już wieże Bazyliki w Piekarach. Ten fragment trasy jest wspólny ze Szlakiem Tysiąclecia (zielone znaki, bardzo polecam), który miałem okazję pokonać parę lat temu.

Image

To już był ostatni fragment trasy i docieram do samego centrum Piekar pod Bazylikę i Wzgórze Kalwaryjskie, gdzie odbywa się główna Msza Święta. Jak co roku na miejsce przybywa mnóstwo pielgrzymów z całej okolicy. Na miejscu ktoś poprosił mnie o zrobienie zdjęcia przed wejściem na wzgórze i w zamian również poprosiłem o pamiątkową fotografię.

Image


Rysunek techniczny

Kilka dni temu montowałem samozamykacz do drzwi. Moją uwagę zwróciła bardzo dobrze zaprojektowana instrukcja montażu - same obrazki, schematy i grafiki bez żadnych podpisów. Szczególnie spodobały mi się szczegółowe rysunki techniczne wykonane zgodnie ze sztuką, które bardzo mi pomogły, ponieważ instalowałem samozamykacz do dosyć niestandardowych drzwi.

image

Pamiętam, że na studiach na politechnice przez kilka semestrów miałem przedmioty jak Rysunek Techniczny, czy Podstawy Konstrukcji Maszyn. Mimo, że mój kierunek nie był typowo konstrukcyjny, to z perspektywy czasu, chyba najwięcej wyniosłem twardej wiedzy inżynierskiej właśnie z tych zajęć :) Przydaje się to na każdym kroku. Nawet jak coś chcę zrobić/zbudować w domu, to zawsze zaczynam od prostego szkicu z poprawnym wymiarowaniem, tolerancjami, przekrojami, rzutami, itd.

Wracając do drzwi, to kupując samozamykacz czytałem w komentarzach, że urządzenie działa OK, ale trzeba rozwiązać „rebus”, aby je zainstalować i to nie jest takie proste. Oby więcej było takich „rebusów” w instrukcjach montażu :)


Budynki OPT w Katowicach

fot. Anna Syska

Pamiętam jako dziecko razem z tatą i bratem jeździliśmy pod koniec lat 90. na targi komputerowe SoftTarg w Katowicach. Impreza odbywała się na terenie MTK (Międzynarodowe Targi Katowicke) przy obecnym Parku Śląskim. Oprócz komputerów moje zainteresowanie zawsze budziła ciekawa wręcz „kosmiczna” architektura pawilonów, gdzie to wszystko się odbywało. Każdy budynek był inny i miał swój unikalny charakter. Przez to bardzo łatwo można było się zorientować na terenie targów. Wtedy oczywiście nie znałem całego kontekstu tego miejsca, ale bardzo wyraźnie zapamiętałem te dziwne konstrukcje.

Tutaj jest galeria zdjęć pokazująca, jak to wyglądało kiedyś i dzisiaj: https://katowice.wyborcza.pl/katowice/51,35063,22656681.html#s=S.galeria-K.C-B.1-L.1.duzy

Po wielu latach przypomniałem sobie, o tym miejscu i zacząłem poszukiwać więcej informacji na ten temat. Te dziwne kosmiczne budynki to teren dawnego kompleksu OPT (Ośrodek Postępu Technicznego w Katowicach), który powstał w latach 60. Na tamte czasy była to bardzo nowoczesna oraz innowacyjna architektura podkreślająca postępowy charakter tej instytucji. Większość obiektów jak i rozplanowanie całego ośrodka zostały zaprojektowane przez Jerzego Gottfrieda. Niestety kilka lat temu z powodu złego stanu technicznego oraz wieloletnich zaniedbań większość pawilonów została zburzona. Do dzisiaj z oryginalnego ośrodka zachował się jedynie najbardziej charakterystyczny Budynek CG i obecnie trwa walka o jego ocalenie.

W tym filmie autorstwa Franciszka Krawczyka możemy dowiedzieć się absolutnie wszystkiego odnośnie historii oraz obecnego stanu pawilonów Ośrodka Postępu Technicznego w Katowicach. Według mnie jest to najbardziej obszerny materiał w internecie na ten temat i długo szukałem czegoś podobnego. Poniżej krótka historia, dlaczego ten temat jest dla mnie interesujący i podejrzewam, że będzie też dla wszystkich zainteresowanych architekturą, czy urbanistyką.

Nawiązania do kosmosu w kontekście architektury OPT są nieprzypadkowe. Na Górnym Śląsku w czasach PRLu zostało zrealizowanych wiele konstrukcji nawiązujących bezpośrednio do nurtu Space Age jak np. hala widowiskowa Spodek, osiedle Gwiazdy, Planetarium Śląskie, czy właśnie pawilony na terenie OPT. Parę lat temu powstał bardzo ciekawy film dokumentalny autorstwa Marcina Zasady i Marcina Nowaka pt. Archikosmos, który dokładnie jest poświęcony tej tematyce i bardzo polecam go obejrzeć.


Dwa obrazki

Testuję wpis z dwoma obrazkami. Poniżej obrazek 1:

Image

Latarnie morskie u wybrzeży UK

A tutaj jest drugi obrazek:

Image

Przykład najnowszego data story

Na koniec kilka testowych zdań.


Test obrazka

Testuję obrazki.

image


Notatki na marginesie wracają

Uruchomiłem mikroblog. Pomysł prosty: jedna myśl albo jeden link na raz, bez polerowania. Surowość jest cechą formatu, nie wadą.

Dłuższe rzeczy nadal lądują w artykułach — mikroblog zdejmuje z nich presję bycia jedynym kanałem.


Najlepszy moment, by zacząć notować

„The best time to plant a tree was 20 years ago. The second best time is now.”

Działa tak samo dla notowania własnych myśli. Nie ma idealnego setupu — jest tylko pierwszy wpis i wszystkie kolejne.


Publikowanie z telefonu w jednym kroku

Cały mikroblog jest podpięty pod GitHub Issues: zakładam zgłoszenie z etykietą micro, a workflow sam zamienia je we wpis i publikuje. Zero dotykania gita z telefonu.

To pierwszy test, czy taki strumień da się utrzymać przez miesiąc.